Jak pomagać uzależnionym podczas pandemii COVID-19? Wywiad z Iwoną Bohdanowicz, Prezes Fundacji Salida

Jak pandemia COVID-19 wpłynęła na działalność organizacji zajmujących się redukcją szkód i jaki będzie miała wpływ na politykę narkotykową? Na pytania Adama Stasiaka (Polska Sieć Polityki Narkotykowej), odpowiada Iwona Bohdanowicz, Prezes Fundacji Salida.

Iwona Bohdanowicz – Pedagog, certyfikowany specjalista terapii uzależnień, ukończone studium socjoterapii i promocji zdrowia, szkolenie z zakresu uzależnień behawioralnych oraz szkolenie z dialogu motywującego. Od 2010 do 2016 pracowała w Dolnośląskim Stowarzyszeniu Psychoprofilaktycznym RETURN jako streetworker, terapeuta, partyworker, networker i koordynator Ogólnopolskiej Poradni Internetowej. Od 2015 pracuje jako terapeuta w Stowarzyszeniu MONAR Ośrodku Leczenia, Terapii i Rehabilitacji Uzależnień w Milejowicach. 

 

Adam Stasiak: Zacznijmy od pierwszego, ogólnego pytania, w jaki sposób wpłynęła pandemia na działanie Waszej organizacji?

Iwona Bohdanowicz: Jeżeli chodzi o pierwsze dni – pamiętam 13 marca, kiedy stan epidemiczny został wprowadzony i pierwszy problem, który się pojawił, czyli bardzo duży chaos. W zasadzie nie wiadomo było co się dzieje, było dużo dezinformacji, także wśród nas, współpracowników fundacji. W zależności od typu człowieka podchodził on do tego z większym albo mniejszym lękiem. Jak zamknięto uczelnie, to część studentów z zespołu, nie miało już możliwości realizowania programu ze względu na to, że nie mieli po co albo za co wynająć mieszkania we Wrocławiu i dlatego wracali do domu. Pierwsze problemy były więc organizacyjne, nie wiedzieliśmy na czym stoimy, jakie decyzje mamy podjąć. Przy partyworkingu to było oczywiste, że ten program zostaje zawieszony, bo kluby zostały pozamykane. Realizowaliśmy go jeszcze w akademikach, które zostały później przekształcone na miejsca dla kwarantanny i wtedy już zupełnie zawiesiliśmy partyworking. W fundacji także mamy terapie uzależnień, w której mamy wsparcie dla rodzin, wsparcie dla osób uzależnionych i różnego rodzaju grupy. W tej kwestii szybko podjęliśmy decyzję o przejściu na terapię online. Grupy musiały zostać zawieszone, bo takie było rozporządzenia i zalecenia Ministerstwa Zdrowia jak i Krajowego Biura ds. Przeciwdziałania Narkomanii.

Co było wtedy największym wyzwaniem? 

Najtrudniejsze były działania skierowane do osób czynnie uzależnionych od narkotyków, czyli streetworking, w ramach którego mamy program, w którym jeździmy busem po Wrocławiu. W tym busie udzielamy pomocy medycznej, wydajemy igły i strzykawki. Nie wiadomo było co będzie z tym busem, streetworkiem i drop-inem. Wszelkie rozporządzenia nie obejmowały tego typu pracy w ogóle, więc cała odpowiedzialność spoczywała na nas co do decyzji jakie podejmiemy. Uznaliśmy, że nie ma takiej możliwości byśmy to zawiesili, ponieważ Ci ludzie też potrzebowali pomocy. O ile osoby nietrzeźwe trudno sobie radzą z sytuacją o tyle osoby uzależnione przy braku jakichkolwiek informacji z telewizji czy Internetu były w jeszcze trudniejszej sytuacji.

Uznaliśmy, że nie ma takiej możliwości byśmy to zawiesili, ponieważ Ci ludzie też potrzebowali pomocy.

Na samym początku epidemii okazało się, że w jednej z naszych noclegowni został wykryty przypadek koronawirusa i została ona objęta kwarantanną. Z perspektywy czasu to nie brzmi tak strasznie, ale w tamtym momencie było. Ta sytuacja nas bardzo zmotywowała do działania. Dlatego też szybko się zmobilizowaliśmy i zadzwoniliśmy do tej noclegowni i spytaliśmy o ich potrzeby. O ile posiadali jedzenie to np. nie mieli tytoniu dla bezdomnych i uzależnionych. A bez tytoniu jednak te osoby inaczej reagowały i się zachowywały, będąc bardziej kłótliwymi i mniej stosując się do zaleceń. Zaczęliśmy organizować zbiórki rzeczy, których nikt inny by im nie dostarczył i angażowaliśmy się w to by im jakoś pomóc. Ta zbiórka trafiła do bardzo dużej grupy odbiorców i ludzie z Wrocławia się bardzo chętnie angażowali i przekazywali różne dary.

Czy musieliście zawiesić swoje działania? 

Jeżeli chodzi o nasze działania to podjęliśmy decyzje, że nie zawieszamy działań dla osób czynnie uzależnionych tylko je przystosowujemy. Przykładowo, na świetlicę drop-in do tej pory była możliwość przychodzenia i siedzenia kilka godzin, czytania książek, korzystania z Internetu. Tego typu rzeczy musieliśmy zawiesić ze względu na to, że było to jednak zamknięte pomieszczenie i by osoby nie przesiadywały godzinami w tym samym miejscu. Cały czas jednak mogli korzystać z łazienki i z przygotowanych przez nas informacji – wydrukowaliśmy własnoręcznie zrobione ulotki zawierająca podstawowe informacje na temat zabezpieczenia się przed COVID-em. Weszliśmy też we współpracę z organizacją kościelną Coffee House, która zrzesza osoby uzależnione, które wyszły z uzależnienia. Jest to mocno katolicka organizacja, ale weszli we współprace z nami przywożąc nam dwa razy w tygodniu ciepłe posiłki, które my wydawaliśmy naszym klientom. To było istotne, ponieważ w pierwszym tygodniu epidemii miejsca pomocowe we Wrocławiu w zasadzie pozawieszały działalność. Nikt nie wiedział co jest czynne, gdzie jest czynne i jak jest czynne. Jadłodajnie z których korzystali nasi odbiorcy zupełnie zamknęły się.

Co się wtedy działo z osobami uzależnionymi? 

Wrocław zupełnie opustoszał ale widać było sporo osób czynnie uzależnionych kręcących się po mieście, ponieważ nie mieli oni, gdzie pójść. Organizowaliśmy dla nich zbiórki ręcznie szytych maseczek, środków odkażających i temu podobnych. Cały czas wchodziły nowe zasady, nakaz noszenia maseczek, zakaz zgromadzeń, zachowanie odległości 2m od siebie i Ci nasi klienci zupełnie tego nie przyjmowali do wiadomości. Byli w nie tylko w swoim świecie, ale także jedyną widoczną grupą na ulicy. Zdarzało się, że podchodziła policja i dawała mandaty za złamanie zakazu zgromadzeń. Gdy chodziliśmy na dyżury to pilnowaliśmy tego by podchodziły pojedyncze osoby, a nie jak do tej pory podchodziliśmy do grupy piętnastoosobowej. Pilnowaliśmy by wszyscy trzymali między sobą dystans by nikt nie dostał mandatu. To po jakimś czasie udało się osiągnąć, by te osoby same o tym myślały. Wymiana sprzętu też następowała w inny sposób. Nie z ręki do ręki tak jak do tej pory, tylko kładliśmy go z boku w przeznaczonym do tego miejscu.

Zaraz obok busa zaparkowała policja i żandarmeria i obserwowała każdy nasz ruch. Moja koleżanka, która była wtedy na dyżurze była bardzo zestresowana.

Warto jeszcze wspomnieć o busie. Dyżur busowy trwa 4 godziny. Zazwyczaj, gdy przyjeżdża na miejsce to tam czeka już około 50 osób w kolejce po zupy, odzież, igły strzykawki i inne rzeczy. Przeważnie nie było z tym żadnego problemu. Jednak w czasie pandemii, gdy było puste miasto to pojawiły się problemy. Zaraz obok busa zaparkowała policja i żandarmeria i obserwowała każdy nasz ruch. Moja koleżanka, która była wtedy na dyżurze była bardzo zestresowana. Musieliśmy bardzo mocno pilnować by wszyscy przestrzegali wprowadzonych wtedy obostrzeń.

Czy to się udało? Policja nie interweniowała?

Nie, koniec końców nie było interwencji Policji. Nasi pracownicy byli dobrze przygotowani, byli w maskach, w rękawiczkach. Posiłki były hermetycznie zapakowane zamiast przelewane każdorazowo jak dotychczas. Trudno było się więc czegokolwiek doczepić.

A czy zaobserwowaliście jakieś zmiany w samym wzorcach używania substancji przez osoby z którymi współpracujecie?

W samych wzorcach używania w zasadzie może nie, ponieważ nasza grupa odbiorców to osoby, które mieszają różne substancje. Był za to rzeczywiście problem z dostępnością konkretnych substancji jak i pieniędzy. Osoby te nie mogły pozyskiwać pieniędzy z drobnych kradzieży. Duża część naszych odbiorców to odbiorcy programu metadonowego. Podczas pandemii niektóre osoby, które dostawały metadon na 14 dni, brały większe dawki metadonu w pierwszych dniach a później w związku z tym byli w potrzebie i mieli problem z uzyskaniem nowego metadonu.

Wiem, że wszyscy otrzymaliśmy ogólne zalecenia zarówno z Ministerstwa Zdrowia, jak i KBPN. A jak wyglądało wsparcie ze strony instytucjonalnej, ze strony miasta czy innych grantodawców, województwa czy miasta?

Jeżeli chodzi o województwo, to w ogóle żadnych informacji nie uzyskaliśmy. Jeżeli chodzi o miasto to uzyskaliśmy informacje by zawiesić wszystkie działania grupowe i to by było na tyle. Głównie jednak sami podejmowaliśmy decyzje jak działać. Później, gdy mieliśmy zalecenia by np. dopuszczać terapię online, to jednak cały czas streetworking i drop-in nigdzie nie były uwzględniane. We Wrocławiu jesteśmy jedyną organizacją, która prowadzi streetworking i drop-in, więc żadna jednostka na takim typie działalności się nie skupiała. W jednej sprawie musieliśmy sami napisać maila i dotyczyła ona zakazu poruszania się, wyłączając pracę i wolontariatu na rzecz COVID. W związku z tym napisaliśmy maila do komisariatu policji, by uzyskać informację co do naszego streetworkingu ponieważ chcieliśmy dalej go realizować. Uzyskaliśmy informację, iż powinniśmy zawiesić naszą działalność, nie patrząc na to, że streetworking to też jest praca. A przecież jest to forma pracy, tylko specyficzna. Niestety nie zostało to uwzględnione i policja nas poinformowała, iż w razie ewentualnych interwencji będziemy musieli liczyć się z mandatami.

Uzyskaliśmy informację, iż powinniśmy zawiesić naszą działalność, nie patrząc na to, że streetworking to też jest praca. A przecież jest to forma pracy, tylko specyficzna.

Jaki według Ciebie będzie długofalowy wpływ pandemii na Waszą działalność jak i politykę narkotykową?

Jeżeli chodzi o osoby uzależnione, to uważam, że nastąpi wzrost liczby osób z uzależnieniami. To widać po pierwszym półtora miesiąca naszej działalności i licznych telefonach do nas. Na nasze numery dzwoniły o różnych porach dnia i nocy nowe osoby nie tylko z Wrocławia, z całej Polski. To były osoby w bardzo ciężkich kryzysach, dla których ten okres izolacji był wyjątkowo trudny. Na pewno też trzeba myśleć o problemie z dostępem do leczenia. Nie dość, że normalnie nieraz było trudno zmobilizować osoby a także zapewnić im możliwość leczenia w ośrodkach terapii uzależnień, to teraz, z nowymi obostrzeniami i strachem przed pandemią będzie to zdecydowanie trudniejsze. My funkcjonujemy już w miarę normalnie, zachowując po prostu wszelakie środki ostrożności. Myślę więc, że poza partyworkingem uda nam się kontynuować nasze działania w podobnym wymiarze jak przed pandemią.

Czego według Ciebie brakowało ze strony instytucjonalnej w związku z pandemią?

Pierwsze co od razu mi przychodzi do głowy to zmiana podejścia policji. Tylko, że tego zawsze było potrzeba, a teraz jest to po prostu bardziej widoczne. Policja jest negatywnie nastawiona do osób czynnie uzależnionych, jest negatywnie nastawiona zazwyczaj do streetworkerków, oczywiście nie wszyscy policjanci, ale większość. Taka forma pracy z osobą czynnie uzależnioną jest zupełnie nieuznawana przez tę instytucję. Oni nie mają pojęcia co to jest, o co w tym chodzi, niestety nie rozumieją tego, a mają dużo możliwości by nam utrudnić funkcjonowanie. Drugą rzeczą jest pewne miejsce informacji zbiorczych. Ponieważ najgorsze co się zdarzyło to był chaos i brak informacji jakie miejsca i w jakiej formie pracują. Żebyśmy wiedzieli, gdzie możemy wysłać osobę w ciężkim stanie, która noclegowania jest otwarta. Zorganizowaliśmy się w kilka podmiotów i przekazywaliśmy sobie takie informacje jednak było to robione w ograniczonym małym gronie w prowizoryczny sposób. Takie miejsce, gdzie byłyby zebrane te wszystkie informacje o placówkach byłoby bardzo pomocne.

Tak, rozumiem tę potrzebę, szczególnie, że w tym czasie było bardzo trudno się dodzwonić do tych miejsc. Bardzo dziękuję Ci za tą rozmowę.

Dziękuję.